Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od kilku dni na ulicach białoruskich miast wrze w związku z wyborami prezydenckimi, które zostały sfałszowane. Protesty starała się stłumić milicja wraz z oddziałami OMON. Aresztowanych, pobitych i rannych z dnia na dzień przybywało. Przez kilka dni wielu Białorusinów nie mogło korzystać z internetu. Niektórzy nie mieli nawet zasięgu w telefonach.

– My nie walczymy, bo nie mamy zbroi. Białorusini to bardzo spokojny naród. Naprawdę nie są agresywni. Wychodzą na ulicę po to, żeby pokazać, że są i nie zgadzają się na reżim. A to, co robiły z nimi służby, to prawdziwy koszmar – mówi Olena, mieszkanka Mińska.

Praca non stop, by informować Białorusinów

Ira pracuje dla portalu TUT.BY. To prywatna, niezależna i obiektywna platforma rosyjskojęzyczna, która na co dzień informuje o sytuacji na Białorusi. Regularnie wrzuca na fanpage portalu materiały z relacjami z białoruskich ulic.

– Przez ostatnie dni pracuję non stop. Praktycznie każda informacja przechodzi przez moje ręce. To, co widziałam, przeraża mnie. Bardzo trudno patrzy mi się na tę sytuację. Boję się o moich rodziców, krewnych, przyjaciół – wyjaśnia Ira Bordowskaja.

Z bliskimi kontaktuje się głównie przez SMS-y. Jednocześnie od dziennikarzy pracujących dla portalu otrzymuje cały czas nagrania, zdjęcia i informacje (redakcja znalazła sposób, aby obejść blokadę internetu).

– Na bieżąco dostawałam informacje od dziennikarzy, gdzie są protesty. Od razu pisałam też SMS-y do moich bliskich, w których informowałam ich, jak wygląda sytuacja, gdzie mogą iść, a gdzie będzie niebezpiecznie – mówi Ira.

OMON bił każdego, dziennikarzy też

Przez to, że cały czas intensywnie pracuje, nie ma zbyt wiele czasu na refleksje. Ale gdy jest chwila zatrzymania, zdarza się, że zaczyna płakać.

– Pierwszy trudny moment był dla mnie w zeszły piątek. Przysłano nam filmik, na którym widać, jak trzech może czterech policjantów ciągnie po chodniku mężczyznę, który brał udział w rowerowym proteście. Ludzie krzyczeli, próbowali go bronić. To nic nie dało. Poruszyło mnie też nagranie, na którym widać, jak ciężarówka wjeżdżająca między grupy protestujących potrąciła mężczyznę – tłumaczy [mężczyzna zginął - red.].

Według niej zbyt mało w Polsce mówi się o ostatnich pobiciach dziennikarzy.

– To działo się w ciągu ostatniej doby [w środę i czwartek - red.]. Niszczono kamery, aparaty. Zabierano karty USB. Zatrzymano naszego dziennikarza. Długo nie było wiadomo, co się z nim dzieje. To był czas dużego napięcia – mówi dziewczyna.

Tak opisuje piekło zatrzymanych:

– Porażające są warunki, w jakich są przetrzymywani. W czteroosobowej celi jest nawet 60 osób. Ludzie są bici, grozi się im, że będą rozbierani do naga. Jednej dziewczynie, z którą udało się porozmawiać naszym dziennikarzem, wsadzano do ust białą opaskę. Mówiono jej, żeby ją zżarła. Innej, że będą ją sadzać na butelce.

„Nie chcę im płacić”

Rozmawialiśmy też z Oleną. Cały czas jest na Białorusi. Kiedy tylko mogła, wyjechała z Mińska do mniejszej miejscowości. Zastanawia się nad emigracją.

– Nie chcę płacić podatków, żeby utrzymywać reżim. Nie chcę, żeby moje pieniądze szły na ludzi, którzy biją ludzi. Ale nie chcę też wyjeżdżać z tej ziemi, gdzie jest mój dom – mówi „Wyborczej”.

Jak na razie szuka rozwiązania, które umożliwiłoby jej założenie firmy w Polsce i pracę zdalną z Białorusi.

– Chciałabym, żeby moje podatki trafiały do Polski. Część swoich pieniędzy wpłacałabym na działania demokratów. To byłby taki mój osobisty strajk przeciwko rządowi. Chciałabym mieszkać na Białorusi i pracować tu oficjalnie. Nie wiem jednak, czy będzie taka możliwość – wyjaśnia.

Ma jeszcze jeden powód, żeby wyjechać.

– Boimy się o nasze dzieci. Moje jest jeszcze małe, chcę je chronić. Koleżanki, których dzieci mają po 17 lat, boją się. Bo młode pokolenie chce wychodzić na ulice. Nie chce być bierne – stwierdza. – Większość moich rodaków naprawdę była za Ciechanowską. My tylko chcemy prawdy. Wiedziałam, że te wybory będą trudne, że będzie krew. Ale nie spodziewałam się, że będę w pośpiechu planowała ewentualny wyjazd.

Ciechanowska wygrała

Sąsiadka Oleny pracowała w komisji wyborczej. W jednym z małych miasteczek.

– W niedzielę na wybory przychodziło dużo ludzi z białymi wstążkami na rękach. Składali karty w osobliwy sposób, żeby było widać, że głosowali na Ciechanowską. Tak by niezależni obserwatorzy mogli widzieć, których głosów jest więcej – wyjaśnia.

Jednak część niezależnych obserwatorów wyrzucano z lokali wyborczych. Niektórych w ciągu ostatnich dni zatrzymano.

– Tam, gdzie ja pracowałam w niedzielę, wygrała Swiatłana Cichanowska. Co do tego nie mam wątpliwości – mówi Olena.

Od piątkowej nocy wychodzą na wolność Białorusini zatrzymani po wybuchu protestów. Ich wygląd i relacje świadczą o tym, że byli torturowani. Protesty nie słabną. Białoruskie kobiety z kwiatami w dłoniach tworzą na ulicach miast łańcuchy solidarności. Rozszerza się strajk powszechny. Reżim Łukaszenki słabnie.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.