Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

II wojna światowa zniszczyła 70 proc. zakładów przemysłowych na Pomorzu Zachodnim. Ile procent doszło do tego w wyniku grabieży i dewastacji dokonywanych przez Armię Czerwoną, jest do dziś już tylko domniemaniem i szacunkiem opartym na setkach raportów pierwszych polskich władz i osadników terroryzowanych przez „wyzwoliciela”.

CZYTAJ TEŻ: W mieszkaniach leżały trupy pomordowanych, samobójców, zmarłych z głodu. Tak zaczęły się polski Szczecin i Pomorze

Pomorze Zachodnie w pierwszych latach powojennych i późniejszych czasach PRL to region, który opierał się na dwóch filarach. Pierwszym była gospodarka morska. Nie tylko stocznie, porty, ale także imponująca flota rybacka, której wizytówką były jednostki rybołówstwa dalekomorskiego. Drugim filarem było rolnictwo oparte na Państwowych Gospodarstwach Rolnych. Oba te filary odegrały w historii regionu kluczową rolę. Stoczniowcy przyłożyli rękę do obalenia PRL, a PGR-y stały się niechlubnym symbolem bezrobocia i społecznego wykluczenia licznej grupy mieszkańców w pierwszych latach wolnej Polski.

PGR-y. Resztki przedwojennych majątków

To, że Pomorze Zachodnie należało do regionów o największym stopniu upaństwowienia gospodarki rolnej w Polsce, wynikało w pewnym sensie z dziedzictwa niemieckiego. Kiedy w pierwszych powojennych latach dotarli tu osadnicy z Kresów, Kielecczyzny, czy też z Wielkopolski, zastali tu ogromne majątki, z którymi nie mieli wcześniej do czynienia. Ogromne gospodarstwa posiadaczy ziemskich, junkrów i szlachciców obejmowały w czasach niemieckich aż 40 proc. użytków rolnych. Były to gospodarstwa mające powyżej 100 hektarów ze skupionym w jednym miejscu zapleczem, czyli budynkami gospodarczymi, mieszkaniami dla robotników i zwykle dość imponującą posiadłością właściciela. Na zdjęciach poniżej klasycystyczny dwór wzniesiony w 1840 roku przez Bernarda von Bismarcka ( brata kanclerza Niemiec Otto von Bismarcka ) . Wioska Kulice należała do majątku Bismarcków od XVIII wieku . Po II wojnie światowej dwór przejął PGR , funkcjonowały tu biura . W latach 90-tych dwór został odrestaurowany przy udziale rodziny von Bismarck i przekazany Uniwersytetowi Szczecińskiemu.

CEZARY ASZKIEŁOWICZ

Dworek w KulicachDworek w Kulicach Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta

Nie było sensownego sposobu na podzielenie takiego majątku na pięć, sześć części, czyli na gospodarstwa maksymalnie 20-hektarowe. Tylko takie byli w stanie zagospodarować polscy osadnicy, którzy w miażdżącej większości po raz pierwszy mieli się stać właścicielami ziemi. Za nimi było bowiem często tylko doświadczenie parobków w gospodarstwach przedwojennych polskich majętnych gospodarzy.

Obwieszczenie z 1945 roku w sprawie gospodarstw rolnychObwieszczenie z 1945 roku w sprawie gospodarstw rolnych Pomorze Zachodnie w dokumentach

Dlatego tworzenie w takich miejscach Państwowych Gospodarstw Rolnych było ułatwione i wręcz naturalne. Chociaż wcale nie proste. Jeszcze pod koniec 1945 roku niemal 30 proc. pojunkierskich majątków było pod okupacją Armii Czerwonej, która wykorzystywała je na własne potrzeby, a opuszczając pozostawiała ograbione i zdewastowane.

Późniejsze statystyki wiele już jednak mówią o wpływie PGR-ów na gospodarcze realia Pomorza Zachodniego. W 1955 roku w regionie szczecińskim 41 proc. upraw należało do PGR, w koszalińskim było to 36 proc. Wyłączanie z upraw gorszych ziem i ich zalesianie sprawiło, że w latach 80. było to już odpowiednio 58 i 56 proc.

Dawny PGR w Krzymowie w powiecie gryfińskimDawny PGR w Krzymowie w powiecie gryfińskim Fot. Andrzej Kraśnicki jr

W wiejskich społecznościach do dziś przetrwały mity, że PGR-y były sukcesem: że dawały pracę, że błędem była ich likwidacja. Prawda jest taka, że już pod koniec lat 60. koszty ich funkcjonowania były 2-3 razy wyższe niż planowano. Powszechne były kradzieże, marnotrawstwo, niskie płace, brak wykształconych kadr, niski standard mieszkań w niechlubnych pegeerowskich osiedlach. Po przełomie 1989 roku rynek brutalnie zweryfikował nierentowne państwowe gospodarstwa. Skutkowało to gospodarczą i społeczną katastrofą. Bezrobocie w ówczesnym woj. koszalińskim wzrosło do 26 proc., w szczecińskim – do ponad 14. Połowę stanowili mieszkańcy wsi. Problem z tymi obszarami jest do dziś, czego dowodem jest specjalna pula unijnych pieniędzy, które Urząd Marszałkowski przeznacza na zadania właśnie na tych popegeerowskich terenach.

Dawny PGR w Krzymowie w powiecie gryfińskimDawny PGR w Krzymowie w powiecie gryfińskim Andrzej Kraśnicki jr

Pierwsza była „Oliwa”

Morska gospodarka regionu zaczynała się na gruzach. „Opustoszały i porośnięty zielskiem plac gruzów, na których sterczą resztki dawnych urządzeń stoczniowych, poniszczone pochylnie i zdekompletowane żebra pordzewiałych dźwigów” – tak zaczyna się opis późniejszej Stoczni Szczecińskiej w jednym z pierwszych raportów. Na 16 robotników w 1946 roku przydało 13 strażników, którzy starali się chronić ocalały majątek przed rozgrabieniem m.in. przez Armię Czerwoną. Jeden z nich – Zygmunt Grzegrzotka – został zastrzelony przez sowieckiego żołnierza. Wśród wielu wspomnień przewija się jedna uwaga: pierwsi robotnicy z woj. kieleckiego, Wielkopolski, zza Buga pierwszy raz widzieli statek.

Na pochylni stał wówczas nieukończony przez Niemców kadłub jednostki, która z pomocą stoczniowców z Gdańska spłynęła z pochylni 24 kwietnia 1948 roku jako „Oliwa”.

Wodowanie kadłuba statku OliwaWodowanie kadłuba statku Oliwa album Stocznia Szczecińska im. Adofla Warskiego

Pierwszy statek zbudowany od stępki w polskim Szczecinie powstał dopiero w 1952 roku. Rok później „Czułym” trafił do radzieckiego armatora.

To właśnie na zamówieniach z ZSRR opierał się przemysł stoczniowy w powojennym Szczecinie. To one wymusiły podniesienie z ruin niemieckiej stoczni Wulkan, która do lat 50. była stertą złomu (wcześniej prace odbywały się tylko na terenie stoczni Odra). Stocznię Szczecińską zaczęto rozbudowywać w połowie lat 60. Wciąż budowano przede wszystkim dla ówczesnego ZSRR. Zdarzały się także tak oryginalne zamówienia, jak pielgrzymowiec zbudowany dla armatora irańskiego. Trzy pokłady wymoszczone drewnem figowym mogły pomieścić 1200 pielgrzymów na leżąco. Dodatkowo statek został wyposażony w kilkaset boksów dla kóz pielgrzymów.

Najwięcej inwestycji dokonano jednak w latach 70., kiedy były obawy, że stocznia nie wytrzyma światowej konkurencji. Japończycy budowali wtedy gigantyczne tankowce o nośności nawet pół miliona ton. W tym czasie w Szczecinie mogły powstać najwyżej 35-tysięczniki. Postawiono więc na budowę mniejszych, ale bardziej zaawansowanych technologicznie statków. W 1972 roku stocznia podpisała z norweskim armatorem kontrakt na budowę 12 chemikaliowców. Już pierwszy statek z serii – „Bow Fortune”, zbudowany w ciągu 20 miesięcy i zwodowany w kwietniu 1975 roku – został w światowym przemyśle stoczniowym uznany za statek roku. Momentem krytycznym było załamanie się w 1991 roku rynku radzieckiego. Stocznia – dzięki jej menedżerom – wyszła z tego obronną ręką i przez całe lata 90. była przykładem gospodarczego sukcesu w nowych realiach.

Mozaika na dawnym budynku Stoczni SzczecińskiejMozaika na dawnym budynku Stoczni Szczecińskiej Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta

Flota bez łowisk

Wizytówką regionu w czasach PRL było rybołówstwo. W 1945 roku było całkowicie zdewastowane, opanowane przez Armię Czerwoną, która „łowiła” ryby za pomocą ładunków wybuchowych wrzucanych do wody. Jeszcze w latach 50. w regionie koszalińskim do połowów na Bałtyku służyły jedynie łodzie wiosłowe. Wschodnia część dzisiejszego Pomorza Zachodniego wyspecjalizowała się w połowach bałtyckich. W latach 70. miała już flotę 340 kutrów i łodzi.

Zachodnia, szczecińska część stała się bazą dla dwóch flot połowów dalekomorskich. Świnoujska „Odra” i szczeciński „Gryf” zapuszczały się na wody afrykańskie, Ameryki Południowej, Morze Ochockie. Stopniowe wyłączanie tych łowisk z ogólnodostępnych połowów, czego finałem było przegonienie polskiej floty z Morza Ochockiego w latach 90., oznaczało jej kres.

Jedno ze zdjęć z albumu. Trawler 'Sagran' na Morzu OchockimJedno ze zdjęć z albumu. Trawler 'Sagran' na Morzu Ochockim Fot. Marek Czasnojć

To, co przetrwało wszystkie powojenne dziesięciolecia, to porty, które zaczynały w 1946 roku z przeładunkiem 45 tys. ton. W rekordowym 1979 roku było to już ponad 27 mln ton. Potem był kryzys i problemy lat 90. Do podobnego wyniku zbliżyliśmy się dopiero w 2017 roku

Dziedzictwem minionych lat są Polska Żegluga Morska, która powstała w latach 50. w wyniku podziału przedsiębiorstw żeglugowych z jeszcze przedwojennym rodowodem, czy też Zakłady Chemiczne „Police”, których budowa ruszyła w latach 60. Po dziesiątkach innych wielkich zakładach pracy nie ma już śladu. „Wiskord”, huta Szczecin i wiele innych nierentownych molochów nie miało szans, by przetrwać w rynkowych warunkach.

.. .

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.