– Gratuluję załodze opanowania – mówił Paweł Szynkaruk, dyrektor Żeglugi Świnoujskiej, gdy prom z uwięzionymi pasażerami w końcu dobił do brzegu.

Na razie pewne jest jedno: jednostka, która płynęła od strony Warszowa do centrum, niespodziewanie popsuła się.

– To awaria silnika – mówił później Szynkaruk.

Jednostka straciła sterowność. Na chwilę zgasły też światła. Udało się jednak je uruchomić, i działały agregaty. „Bielika IV” szybko porwał nurt Świny. Na wysokości półwyspu Kosa kapitan zdecydował o rzuceniu kotwic. Ustabilizowały one jednostkę.

– Trzymały, było bezpiecznie – zapewniał Szynkaruk.

Żegluga Świnoujska musiała w tej sytuacji zaangażować jeden z holowników, które stacjonują w Świnoujściu. Dobił on do burty promu, oba statki zostały powiązane linami. Następnie holownik ruszył z promem w kierunku przystani rezerwowej po stronie centrum. Tam, po uchyleniu klap, około 20 aut i kilkudziesięciu pasażerów mogło w końcu opuścić „Bielika IV”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej