Kampania wyborcza w Szczecinie toczy się leniwie, przy odrobinie dobrej woli można jej nie zauważyć. Nie pomaga fakt, że między kandydatami na prezydenta nie ma w zasadzie żadnego poważnego sporu, jakby i oni mieli w tyle głowy przekonanie, że tak czy siak będą ze sobą współpracować.

Po pierwszej turze głosowania (21 października) od wielu osób słyszałam, że „jest już pozamiatane” i nie ma po co iść do lokali wyborczych 4 listopada. Bo Piotr Krzystek (Bezpartyjni Samorządowcy) ma tak dużą przewagę nad Bartłomiejem Sochańskim (PiS), że głosowanie to jedynie formalność. Albo że wszystko jedno, kto wygra, bo i tak miastem rządzić będą Bezpartyjni z Prawem i Sprawiedliwością. Ktoś z moich znajomych stwierdził, że nie podoba mu się żaden kandydat i w związku z tym rezygnuje z udziału w głosowaniu.

Protestuję przeciwko takiemu „machaniu ręką”. Wiem, frazesy o tym, że wybory to święto demokracji, że głosowanie to obywatelski obowiązek, raczej nużą i drażnią niż mobilizują. Opowieści o tym, jakoby demobilizacja elektoratu „totalnej opozycji” oraz zwolenników Krzystka mogła doprowadzić do zwycięstwa Sochańskiego (bo elektorat PiS-owski raczej ruszy się z kanap) są raczej nieprawdopodobne.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej