Oboje mają za sobą 37 lat pracy w zawodzie. 37 lat pracowali w tej samej szkole. Na wieś przyjechali zaraz po studiach.

Pierwsze lata

Zygmunt: – Zdecydowaliśmy się na pracę na wsi ze względu na mieszkanie. To był 1982 rok, PRL. Wiadomo, jak wtedy trudna była sytuacja z mieszkaniami. Gdy jeszcze nie byliśmy małżeństwem, każde z nas dostało nieduże, służbowe. Potem jako nauczycielska rodzina zamieszkaliśmy w 60-metrowym. Praca na wsi to nie jest nuda. Świetnie pracuje się z dziećmi. Potrafią słuchać. Rodzice? Wcześniej było lepiej. Teraz niektórzy próbują stawiać nas na baczność.

Aneta: – Najpierw swoją karierę zawodową wiązałam ze śpiewem, ale już po pierwszych dniach pracy w szkole wiedziałam, że to jest to. Nigdy nie miałam kompleksu wiejskiego nauczyciela. Biwaki, wycieczki, zielone szkoły, wyjazdy z dziećmi do teatru czy opery w Szczecinie. Fantastycznie się z takimi dziećmi pracuje – grzeczne, miłe, uczynne. Nigdy nie musiałam się za nie wstydzić. Pamiętam swoje pierwsze biwaki z dziećmi, rodzice donosili nam kanki pełne mleka. Niestety, było też tak, że pracę nauczyciela wykonywałam kosztem swojej rodziny, swojego dziecka. Gdy córka była mała, a ja miałam kilkudniową wycieczkę, to musiała do nas przyjechać teściowa. Nigdy nie narzekałam na zajęte popołudnia, zebrania, narady, wyjazdy z klasą na kilka dni. Wiedziałam, że zawód nauczyciela nie oznacza tylko 18 godzin przed tablicą.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej