Parkowanie w Szczecinie to sprawa skomplikowana i wzbudzająca wiele kontrowersji. Od lat nie zmienia się zasadniczo nic, trwa stagnacja. Sytuacja stała się już niemal schematyczna: miasto co jakiś czas zapowiada budowę parkingowców, ale w takim miejscu i formie, że nawet ci, którzy chcą takich obiektów, mają obiekcje. Po protestach miasto się wycofuje i ma ze zmianami spokój na następny rok czy dwa (co jest bez wątpienia dobre dla budżetu – pobieranie opłat za parkowanie, bez podejmowania inwestycji, jest dochodowe). Potem sytuacja się powtarza.

Nieświadomie pomagają w utrzymaniu tego impasu ruchy miejskie, demonizując rozwiązania dla samej idei zwalczania i wypychania aut w centrum miasta, bez głębszego wejścia w sprawę. Szczególnie atakowane są parkingowce – najczęściej tylko dla zasady.

Walczący z autami mają prostą receptę – nie budować, likwidować miejsca parkingowe. Problem w tym, że likwidacja miejsc parkingowych nie likwiduje aut, a jedynie powoduje ich przeniesienie. To co zajmowało miejsce na jednej ulicy, teraz zajmuje je na drugiej. Nie uzyskujemy żadnej poprawy, jeśli chodzi o organizację miasta i zmniejszenie ruchu. Uwolnienie jednej ulicy powoduje degradację następnej. Problem podrzuca się innym.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej