Stał zadumany, zwrócony twarzą w kierunku widocznej w oddali twierdzy Szczecin. Prawą rękę wsparł o obumarły pień, z którego kiełkowały młode pędy, lewą podpierał się w bok. O czym mógł myśleć? Na pewno o tym, że to miasto, razem z pomorską prowincją i całymi Prusami powinny być częścią jednego wielkiego państwa niemieckiego.

Dwa lata później, gdy jego marzenia się ziściły i powstała niemiecka II Rzesza, poeta wciąż tam był. Betonowy posąg Ernsta Moritza Arndta na wysokim cokole dumnie, choć trochę irracjonalnie, górował nad niezagospodarowaną wówczas północno-zachodnią częścią szczecińskich przedmieść.

Pomnik Arndta na pustkowiu

Okazały pomnik Arndta ufundował w 1869 r. Johannes Quistorp, bogaty szczeciński przemysłowiec i hojny filantrop. Działo się to jeszcze zanim Quistorp założył spółkę Westend, która w ciągu ćwierćwiecza całkowicie odmieni obraz tej części miasta, zabudowując willami dzisiejsze Łękno, a potem Pogodno.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej