Złomowanie statków kojarzy się powszechnie, i zresztą słusznie, z największymi azjatyckimi złomowiskami, gdzie trafiają finalnie stare i duże, również europejskie, statki. W takich właśnie miejscach kończą życie niemal wszystkie jednostki naszych szczecińskich armatorów, czyli m.in. PŻM, Euroafrica czy też promy PŻB. Są to duże jednostki i cena złomowa (jaką płacą stocznie armatorowi) jest najwyższa właśnie w Azji – nie tylko z uwagi na skalę tych stoczni, czy tanią siłę roboczą, ale z uwagi na brak norm ochrony środowiska.

Tymczasem cały proceder nie musi być ani niebezpieczny, ani szkodliwy dla środowiska, za to może przynosić niemałe dochody. O czym za chwilę.

Jak to robią w Azji

Wielu z nas ma przed oczami sceny z takich złomowań. Stosowana technologia „wyciągania” na brzeg statków jest bardzo prymitywna.

Oto przy wysokim stanie wody mocno wybalastowane statki, niemal do granicy bezpieczeństwa i limitu stateczności, z minimalną obsadą załogową są rozpędzane własnymi silnikami i następnie z impetem osadzane na plażach złomowych.

Jednostka ma taką inercję (po naszemu bezwładność), że naprawdę dość mocno zagłębia się w ląd. Kiedy poziom wody opada, często cały kadłub wystaje z wody od dziobu aż po śruby i ster.

Przy dużych jednostkach ich ogromne pionowo idące w niebo burty robią wrażenie – niektóre kolosy mają przecież 300 m długości, a są i takie, które mają 400 i więcej. Ich szerokość dochodzi do 50-60 m (są i takie do 70 m), a wysokość samego kadłuba bez nadbudówki to nawet sporo ponad 30 m (11-piętrowy wieżowiec!) licząc od stępki po krawędź pokładu. Trzeba przyznać, że taki widok robi wrażenie. Dla kogoś, kto tego nie widział, jest to nawet ciężkie do wyobrażenia.

CZYTAJ TEŻ: List do Warszawy ze Szczecina. Kilka słów o tym, czego tu nie ma - choć mogłoby być

Osadzone na plaży statki rozkłada się na czynniki pierwsze. Najpierw wycina się dziurę w boku maszynowni i przez takie wrota wymontowuje, co tylko można. Potem potężne, kompletnie puste kadłuby tnie się palnikami na spore elementy konstrukcyjne, które z łoskotem spadają na mocno zaolejoną i czarną od brudu plażę. Moment odrywania się potężnych elementów jest spektakularny, ale i niebezpieczny. To, co upada, tnie się na mniejsze części tak, by ludzie czy prymitywny sprzęt mógł je zabrać z plaży. Każdy przydatny element i arkusz stali jest odkładany na bok – reszta trafi na ogromne hałdy złomu.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej