Nieskromnie można powiedzieć jedno – pierwszy artykuł o „stępce Barei” [„Stępka na pochylni. Kiedyś budowaliśmy socjalizm, teraz budujemy prom(y)”, „Gazeta Wyborcza” w Szczecinie, 30 czerwca 2017] i dwa poprzednie (m.in. o Morskiej Stoczni Remontowej "Gryfia") wywołały pewne poruszenie i dyskusję w całej branży stoczniowej – nie tylko u nas, lecz także w Trójmieście. Dlaczego w Trójmieście? Bo tam też działają państwowe firmy z grupy funduszu inwestycyjnego Mars – choćby trójmiejska Gryfia, czyli stocznia remontowa Nauta. Jest też najdroższa stocznia w Polsce, czyli Stocznia Marynarki Wojennej podlegająca pod MON (ta od słynnej korwety "Gawron", a od 2015 r. niegotowy do dziś ORP "Ślązak"). I zaczynają mieć podobny bałagan do tego, jaki my już mamy w naszym regionie.

Tak, to prawda, że celem było wywołanie dyskusji, ale przede wszystkim zwrócenie uwagi szerokiej opinii publicznej na liczne patologie serwowane nam przez obóz „dobrej zmiany” w tzw. branży stoczniowej pod słynnym hasłem „wstawania z kolan”. Żeby było jasne –

ani jedno stwierdzenie czy teza postawiona w trzech poprzednich artykułach nie doczekała się jakiegokolwiek sprostowania ze strony ministerstw lub opisywanych podmiotów.

To oznacza, że panuje ogólna zgoda z postawionymi tezami i stwierdzeniami z poprzednich tekstów.

Stępka Barei

Krótkie przypomnienie. MSR Gryfia to przykład przedsiębiorstwa, które w normalnych biznesowych realiach nie miałoby prawa istnieć. Przerost zatrudnienia, stosunek zatrudnienia pracowników biurowych do produkcyjnych na poziomie 70 do 30 proc. (proporcje powinny być odwrotne i jeszcze większe), puste doki i brak zamówień, za to silne związki zawodowe. A mimo to ekipa „dobrej zmiany” mówi, że nigdy dotąd ta stocznia nie miała tak fenomenalnych wyników finansowych. Pytam więc, czy to prawda, że PŻM ściąga w balaście statek z Ameryki Południowej, by dać cokolwiek do pracy Gryfii? Pomijam sprawy przetargowe czy oferowanie – zaczynamy iść w stronę skrajnych absurdów, które nie pomogą ani Gryfii, ani tym bardziej PŻM.

CZYTAJ TAKŻE: Tak źle jak teraz nie było jeszcze nigdy. Rafał Zahorski o stoczni Gryfia i słynnym promie

Tymczasem to właśnie ta stocznia ma budować prom dla Polskiej Żeglugi Bałtyckiej, jednostkę prototypową, z którą (także ze względu na wielkość) stocznia Gryfia nigdy się nie mierzyła. Stępka pod budowę promu została położona na pochylni Wulkan 23 czerwca w obecności wicepremiera Mateusza Morawieckiego i ministra gospodarki morskiej Marka Gróbarczyka. Bez projektu promu, bez zagwarantowanej drogi finansowania i bez wiarygodnych wyliczeń, ile ten prom ma kosztować (strona rządowa mówi o 100 mln euro, eksperci ostrożnie liczą na 200-250 mln euro). Rzecz w branży stoczniowej niespotykana.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej