Rozmowa z dr. Mikołajem Iwańskim*

Ewa Podgajna: Domagał się pan zamknięcia kontenerów socjalnych w Poznaniu. Dlaczego?

Dr Mikołaj Iwański: – Pomysł postawienia osiedla kontenerowego pojawił się w ostatniej kadencji prezydenta Ryszarda Grobelnego rządzącego w Poznaniu od końca lat 90. Podpisywałem wszystkie petycje, chodziłem na demonstracje lokatorskie, pisałem teksty, podobnie jak wielu moich przyjaciół ze środowiska naukowego i aktywistycznego przeciwko temu pomysłowi. To było kilka lat odbijania się od ściany. Problem istnienia kontenerów socjalnych rozwiązały dopiero wybory samorządowe w 2015 roku i zmiana na stanowisku prezydenta miasta.

Szef Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych, spółki, która zarządzała mieniem komunalnym, mówił wprost, że to ma być straszak dyscyplinujący lokatorów. Wykreowano przy tym figurę agresywnego alkoholika, który wyrywa w furii kaloryfery, co działało bardzo sugestywnie na wyobraźnię porządnych obywateli. To było wytwarzanie podziału: zobaczcie, jesteście lepsi, a tu jest straszna patologia, którą trzeba dyscyplinować.

Wszystkie badania i praktyka pokazują, że żaden agresywny alkoholik do kontenera wyeksmitować się nie da, natomiast lądowały w nich osoby starsze, zubożałe, chore psychiczne, matki z dziećmi. Tak naprawdę osoby, które potrzebują pomocy.

W 2012 roku w efekcie potężnej petycji ludzi kultury, nauki, aktywistów, także spoza Poznania, z zagranicy, którzy domagali się od prezydenta Grobelnego, żeby tego osiedla nie stawiał, z planowanych 20 kontenerów finalnie stanęło 10. Pierwszą osobą wprowadzoną do kontenera w Poznaniu był 63-letni rencista, bez nałogów, który wskutek niskich dochodów po prostu się zadłużył.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej