Old Town Festiwal odbywa się pod Stargardem po raz 12. Najpierw było to spotkanie miłośników gry "Fallout". Teraz jest to największa tego typu impreza w Europie.

- W tym roku na Old Town bawi się ponad tysiąc osób. Dla porównania kolejny taki festiwal w Polsce ściąga zaledwie trzystu graczy - mówi Jakub Gibowski z biura medialnego Old Town.

Miasto po wybuchu bomby

Wszystko zaczyna się od przygotowań. Przez pierwsze 72 godziny uczestnicy pracują nad postaciami, w które mają się wcielić. Szykują stroje. Poznają oś fabularną i reguły gry.

- To potrzebne ze względu na bezpieczeństwo i komfort graczy. Podczas przygotowań dowiadują się, jak walczyć albo jak stworzyć przebranie. Praktycznie wszyscy bardzo się wczuwają w swoją rolę - tłumaczy Ada Siess, jedna z uczestniczek.

Po "szkoleniu" rozpoczyna się właściwa gra. Uczestnicy przebierają się, przybierają nowe imię i stają się wymyśloną przez siebie postacią. Są wojownicy, szamani plemienni, dzicy czy traperzy. Niektórzy mieszkają w mieście (które jest bezpieczną strefą), inni poza nim. Najniebezpieczniejsze są pustkowia. Tam można dostać "kulkę" lub oberwać obuchem siekiery w głowę. Ci, którzy zginą, stają się na osiem godzin duchami. Później odradzają się, ale na kolejnej edycji festiwalu nie mogą już ponownie wcielić się w tę samą postać.
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.