Skalę problemów, jakie napotka w Szczecinie, desygnowany na prezydenta Piotr Zaremba poznał, kwitując 29 kwietnia 1945 roku odbiór spirytusu wypełniającego wielką, szklaną banię. Zwierzchnicy przed wyjazdem na Zachód przydzielili mu aż 40 litrów. Szefowie ekip mających objąć inne miasta na tzw. ziemiach odzyskanych odbierali ledwie po 10 litrów.

- Pieniędzy nie zabieraliśmy, ich wartość była bowiem zupełnie iluzoryczna - tłumaczył po latach Zaremba.

Spirytus, który nazywał wówczas "skarbem bezcennym", był ogólnie uznaną walutą, szczególnie cenną w zetknięciu z sowieckimi żołnierzami. Szybko miało się okazać, że nie mniejsze znaczenie dla przetrwania i zbijania majątków miał kawałek chleba.

Centrum Szczecina tuż po wojnie

Centrum Szczecina na zdjęciu Krystyny Łyczywek. Tuż po wojnie



Szczecin w pierwszych powojennych miesiącach to miasto chaosu. Rozdział żywności opierał się o organizowane przez polską i niemiecką administrację darmowe stołówki. Nie było sklepów. Nie zapowiadało się jednak źle. Kiedy w maju 1945 roku do miasta zaczęły napływać pierwsze, większe grupy osadników, dominowali wśród nich ludzie z konkretnym fachem w ręku. 16 maja w Szczecinie było 4,2 tysiąca Polaków i tylko garstka Niemców. Naprędce uformowana miejska administracja wydała 28 koncesji na uruchomienie różnych zakładów. Było m.in. pięciu fryzjerów, czterech krawców, siedmiu szewców, a 57 rzeźników i czeladników szukało po mieście i okolicy zapasów żywności. Żaden z zakładów nie został co prawda uruchomiony, ale wszystko wskazywało na to, że kiedy sytuacja w mieście się nieco unormuje będzie to tylko kwestią czasu.
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej